STAWANIE SIĘ
Im bardziej spójnie się rozwijamy, czyli im bardziej nasz wiek metrykalny, rozwój psychiczny, seksualny i duchowy idą w podobnym rytmie, tym większą mamy szansę na dojrzewanie.

FOT: ENGIN AKYURT / UNSPLASH.COM


Katarzyna Kolska: Jak wygląda droga do dojrzałości?

Barbara Smolińska: Wszystkie nowoczesne koncepcje rozwoju człowieka mówią o tym, że nasz rozwój trwa przez całe życie, jest procesem, stałym wzrostem. A skoro tak, to nie ma momentu, w którym moglibyśmy powiedzieć: Jestem już dojrzałym człowiekiem – myśląc o tym, że dotarliśmy do jakiegoś punktu i droga podążania ku dojrzałości już się dla nas skończyła. Ona będzie miała różne etapy, różnie będzie wyglądała, zmieniała się, ale aż do ostatnich dni naszego życia będziemy nią podążali.

Czy jest zbiór cech, które moglibyśmy wpisać pod hasłem „dojrzały człowiek”?

Odwołam się do Freuda, który mówił, że dojrzały człowiek to taki, który jest zdolny do miłości, pracy i zabawy. I to jest bardzo dobra definicja, bo ona nie odnosi się do zbioru cech, ale do procesu, w którym zawsze można być „bardziej”. Wielu autorów ją potem powtarzało i rozwijało.

Dlaczego właśnie te trzy aktywności mają być wyrazem naszej dojrzałości?

Wydaje mi się, że one całościowo opisują rozwój potencjału, jaki jest w człowieku. Rozwój, który prowadzi od bycia nieświadomym siebie i w stu procentach zależnym od matki przez coraz wyraźniejsze wyodrębnianie się jako jednostki świadomej siebie, swoich uczuć i potrzeb, a potem też zadań i wyzwań oraz zauważenia świata zewnętrznego, innych ludzi i całego kosmosu.

Zacznijmy zatem od miłości.

Jedną z pierwszych, podstawowych i najważniejszych relacji w naszym życiu jest relacja z matką albo z inną osobą, która się nami opiekuje. Potem pojawiają się oboje rodzice, rodzina, koledzy, grupy rówieśnicze, aż wreszcie w okresie wczesnej dorosłości pojawia się zdolność do tego, żeby wybrać partnera, przyjaciół, współmałżonka. Jeśli nasz rozwój przebiegał prawidłowo, to zasięg tych istotnych relacji się zwiększa. To znaczy jesteśmy w stanie otworzyć swoje serce na wielu ludzi. Myślę tu na przykład o seniorach rodziny, ważnych osobach, które obejmują swoją miłością całe pokolenia – dzieci, wnuków, czasem prawnuków. Ale zdolność do takiej miłości, do takiej pojemności serca zależy od tego, jaka była nasza relacja w niemowlęctwie z osobą opiekującą się nami, czyli najczęściej z matką. Im bardziej ta więź była bezpieczna, im bardziej dziecko czuło się kochane i bezwarunkowo przyjęte, tym łatwiej takiej osobie będzie w przyszłości kochać coraz więcej osób, w tym także w sposób wyjątkowy kochać swojego partnera życiowego, jeżeli takiego wyboru dokona.

Co możemy powiedzieć o pracy?

Praca, o której myślał Freud, to twórczość, a nie taka codzienna harówka, która pozwala nam zarobić na życie. Najłatwiej dostrzec to na przykładzie artystów, którzy tworzą jakieś dzieło, choć jeśli lubimy swoją pracę, to ten element twórczy można odnaleźć niemal we wszystkim, czym się zajmujemy, w czym jakoś wyrażamy swoje wnętrze. Praca to działanie, do którego potrzebne są konkretne umiejętności, trzeba się ich nauczyć. Wymaga kompetencji, najczęściej także zdolności do współpracy, odporności na frustrację, wytrwałości.

Dość przewrotnie brzmi w kontekście rozmowy o dojrzałości zabawa.

Małe dzieci się bawią i dopóki nie zostaną zsocjalizowane, to niemal całe wyrażają się w zabawie. To jest coś niezwykle sympatycznego i przyjemnego, móc obserwować bawiące się dzieci, bo one są tak pochłonięte tym, co robią, że trudno im przerwać. Z wiekiem tracimy tę umiejętność. A szkoda. Na drodze do dojrzałości warto mieć takie swoje przestrzenie, którym się można bez reszty oddać, beztrosko się w nich zatracić, bez jakichś oczekiwań, bez transakcji wymiennej.

Żyjemy w czasach, które kultywują bycie zajętym, zapracowanym. Nawet dzieci dość szybko przestają mieć czas na zabawę, raczej uczestniczą w zajęciach dodatkowych, przypominających często bardziej pracę niż zabawę. Tymczasem zabawa od zawsze była obecna w kulturze. Przejawia się w niej zdolność do twórczości, wyrażania siebie, swoich uczuć, uruchamiania kreatywności. Zabawa pobudza wyobraźnię, pozwala odreagować stres i trud życia. Otwiera na doświadczenie przyjemności, także tej cielesnej, na beztroskę i radość. Często ma charakter relacyjny, zbliża nas do innych.

Dorośli taką zabawę nazywają niejednokrotnie hobby.

To prawda. Tyle że w hobby może się pojawić element rywalizacji, chęć zdobywania coraz to nowych przedmiotów, jeśli ktoś na przykład coś kolekcjonuje, osiągania coraz lepszych wyników, w wypadku tych, którzy coś trenują. A w takiej czystej, niezmąconej zabawie tego nie ma. Dzieci potrafią się bawić za pomocą prostych rzeczy, szczególnie jeśli bawią się na łonie natury – wystarczy im wtedy patyk, piasek, woda. To wszystko służy takiej czystej radości, spontaniczności.

Co sprawia, że jedni ludzie dojrzewają szybciej, a drudzy wolniej?

Ogromne znaczenie ma to, jak wyglądało nasze dzieciństwo. Czy dom, w którym wzrastaliśmy, był miejscem dającym poczucie bezpieczeństwa, czy sprzyjał budowaniu zaufania. Jeśli dziecko jest przyjęte, kochane bezwarunkowo, ale też roztropnie potem wychowywane, czyli prowadzone w kierunku odpowiedzialności, samodzielności, godzenia się z tym, że nie jest omnipotentne, czyli że musi się liczyć z okolicznościami i z innymi osobami, tym większa szansa, że w takim domu wyrośnie człowiek, o którym kiedyś powiemy, że jest dojrzały.

Skoro tak ogromny wpływ na nasze dojrzewanie ma dom i jeśli ten dom nie będzie bezpiecznym miejscem, czy to znaczy, że ktoś nie dojrzeje?

Zawsze możemy dojrzewać. Bo nawet jeśli w dzieciństwie ktoś doświadczył różnych braków i traum, to nie znaczy, że jest zdeterminowany i że się zatrzyma na tym cierpieniu. To brzmiałoby trochę jak wyrok.

Nie myślę tutaj tylko o cierpieniu. Ale raczej o ślepej, głupiej miłości związanej z nadopiekuńczością i wyręczaniem dziecka we wszystkim.

Rzadko myślimy o tym, że nadopiekuńczość może być traumatyczna, bardzo raniąca. Bo to jest takie niewinne słowo – nadopiekuńczość, czyli troszkę większa opiekuńczość. Nadopiekuńczość jest tymczasem bardzo ograniczająca, wpływa na to, że rośnie człowiek, który nie ma do siebie zaufania, który często czuje się gorszy, który nie wierzy we własne siły. Im więcej nadopiekuńczości, takiego niepozwalania, żeby dzieci adekwatnie do swojego wieku mogły eksperymentować, mogły się odważać, mogły robić jakieś nowe rzeczy i przez to wzrastać, tym większe niebezpieczeństwo, że ten rozwój rzeczywiście zostanie zatrzymany.

Na szczęście nastolatek, a potem dorosły człowiek potrafi wziąć życie w swoje ręce, i to na różne sposoby. Część osób sama rozwija swój potencjał, chociażby przez dobre relacje w późniejszym życiu. A te dobre relacje są leczące. Można też skorzystać z pomocy psychoterapeutycznej, która pomaga nam wrócić do trudnych doświadczeń i wyjść z tego zranienia. Jest rozwój duchowy, który również pozwala nam przejść przez rozmaite trudne rzeczy i iść dalej.

Na każdym etapie naszego życia będziemy przeżywali różnego rodzaju kryzysy. A kryzys nie jest czymś złym, jest rozwojowy – jeżeli go podejmiemy. I jeśli nawet tego kryzysu nie rozwiążemy dobrze na tym etapie, na którym on jest do rozwiązania, to na późniejszych etapach życia możemy do tego wrócić.

Jak nie pomylić dorosłości z dojrzałością?

Po pierwsze, dorosłość łączymy zazwyczaj z konkretnym wiekiem. Bo ona jest w różnych społeczeństwach, na różnych etapach historii konkretnie określana. Teraz mówimy, że dorosły jest ktoś, kto skończył osiemnaście lat. Jest niedorosły do osiemnastego roku życia, a gdy kończy osiemnaście lat, to jest dorosły, ma pewne prawa społeczne, ma dowód osobisty.

Ale jednocześnie tak niefortunnie mówimy, że młodzież, która ma osiemnaście czy dziewiętnaście lat, pisze egzamin dojrzałości.

Nazwa „egzamin dojrzałości” jest mylna, dlatego ja wolę mówić, że młodzi ludzie zdają maturę. Bo ten egzamin chyba z dojrzałością nie ma wiele wspólnego, no może poza tym, że uczy samodzielności i radzenia sobie ze stresem. O osobach po osiemnastym roku życia mówimy często „młodzi dorośli”, mając na myśli ludzi między osiemnastym a dwudziestym drugim, trzecim czy nawet dwudziestym piątym rokiem życia.

Czy jest taki wiek, w którym możemy uznać, że człowiek jest wystarczająco dojrzały, by podjąć się pewnych ról, przyjąć na siebie dojrzałe obowiązki?

Dojrzałość, o której mówiłyśmy do tej pory, jest bardziej egzystencjalna, nie da się jej zamknąć w jakimś zbiorze i powiedzieć: To już jest dojrzały człowiek. Natomiast to, o czym mówimy teraz, to dojrzałość psychologiczna, czyli ten moment, kiedy jestem w stanie być odpowiedzialny za siebie, za bliskich, jestem w stanie pełnić role społeczne, do których jestem zaproszony, czy które stają przede mną, liczyć się z rzeczywistością, być z jednej strony niezależny od innych, a z drugiej strony wiedzieć też, że nie jestem zupełnie niezależny. Bo dojrzałość polega też na tym, że coraz lepiej widzimy innych nie tylko poprzez to, co oni mogą nam dać, ale dostrzegamy ich jako autonomiczne jednostki oddzielne od nas, inne od nas. Przyjęcie inności drugiego człowieka to ważny element tego dojrzewania. Uznanie, że inny jest inny i że ma prawo w związku z tym czuć inaczej, myśleć inaczej, wyglądać inaczej.

Pytałam o tę umowną cezurę, bo jednak przyjmujemy, że człowiek, który ma dwadzieścia kilka lat, wchodzi na przykład w rolę męża czy żony, księdza czy zakonnicy. Wydaje mu się, że już do tego dojrzał. A za kilka lat, gdy życie mu się nie układa, stwierdza: Byłem do tego niedojrzały!

Bo łatwiej powiedzieć: Byłem niedojrzały, niż się przyznać, że się pomyliłem.

Czyli jest to samousprawiedliwianie się?

Trochę tak, i taka niechęć, żeby w sposób dojrzały iść dalej tą drogą, nawet wtedy, jeśli ona nie jest już łatwa, piękna i przyjemna. No bo na każdej drodze – czy to będzie małżeństwo, droga kapłańska czy zakonna – po pierwszym okresie fascynacji i zachwytu przychodzi czas rozczarowań. Dostrzegania, że życie, które wybraliśmy, jest nie tylko piękne, ale też trudne. Dojrzałość polega wówczas na umiejętności zintegrowania tego, przyjęcia i podjęcia tej odpowiedzialności.

Zintegrowania wyobrażeń o życiu z prawdziwym życiem?

No tak. Pogodzenia się z tym, że w związku czy na przykład w posłudze kapłańskiej są rzeczy łatwe i trudne, są rzeczy, które mnie cieszą i sprawiają mi przyjemność, ale są też takie, z którymi sobie nie radzę, które są nawet cierpieniem. Zobaczenie i pogodzenie się z tym, że moja żona czy mój mąż oprócz cech wspaniałych, które wcześniej widziałem tak trochę przez różowe okulary, ma też cechy trudne, że nie wszystkie moje potrzeby będą zaspokojone i tak dalej. To jest dojrzałość, czyli umiejętność urealniania, widzenia rzeczy takimi, jakie są, a nie takimi, jakie chcielibyśmy, żeby były.

Czy są takie wydarzenia w naszym życiu, które przyspieszają nasze dojrzewanie? Że z dziecka czy z młodego człowieka cieszącego się swobodą i pewną niefrasobliwością nagle musimy stać się dorośli.

O tak. Związane to jest na przykład z chorobą czy ze śmiercią kogoś w rodzinie. Albo z niewydolnością rodziców w pełnieniu ról rodzicielskich. I wówczas któreś z dzieci, mając dziesięć, dwanaście czy więcej lat, przedwcześnie przejmuje tę rolę. Nazywamy to parentyfikacją. Dotyczy to też dzieci, które doświadczają kataklizmów czy wojny, a takich miejsc na świecie przecież nie brakuje. Ale pamiętajmy, że to wszystko nie dzieje się bezkarnie. Jeżeli dziecko przedwcześnie musi podjąć dorosłe role i jeśli w związku z tym przedwcześnie dojrzewa, to ten rozwój wcale nie jest harmonijny. Bo zadanie, którego się podejmuje, jest ponad jego siły. Ma w sobie w związku z tym jakby dwie części: jedną – tę nadmiernie dorosłą, która musiała podjąć wyzwania, i drugą – dziecka niezaopiekowanego, nieutulonego, które powinno jeszcze dostać dużo troski i miłości, żeby ten rozwój mógł być harmonijny.

I to się może kiedyś odezwać w dorosłym życiu?

Tak. Można powiedzieć, że im bardziej spójnie się rozwijamy, czyli im bardziej nasz wiek metrykalny, rozwój psychiczny, seksualny i duchowy idą w podobnym rytmie, tym większą mamy szansę na dojrzewanie. Jeżeli każdy z nich odbywa się w zupełnie innym rytmie, to powstaje rodzaj niespójności wewnętrznej.

Mówi się o niektórych ludziach: on jest kompletnie niedojrzały.

Mówimy tak wtedy, kiedy ktoś jest bardzo niesamodzielny, zależny, egoistyczny, nieodpowiedzialny za siebie i za innych. Chociaż, tak sobie myślę, nie ma ludzi kompletnie niedojrzałych. Raczej są ludzie, którzy w jakimś stopniu, w jakimś aspekcie nie dojrzeli.

Czy my sami możemy coś dla siebie zrobić, żeby być coraz bardziej dojrzałymi ludźmi?

Dojrzewanie wiąże się z umiejętnością autorefleksji, przyglądania się sobie i zaglądania w głąb siebie. Kiedyś się to nazywało pracą nad sobą, dzisiaj raczej wolimy mówić o uważności – na siebie i na innych. Służy to temu, żeby zrozumieć, co ja robię i dlaczego tak robię, dostrzegać, że oprócz uczuć miłości, podziwu, współczucia miewam też w sobie uczucia złości, wściekłości, mściwości czy nienawiści. Bo one zawsze w nas będą. Trzeba je tylko umiejętnie zintegrować i odpowiednio traktować. Jeśli przyjrzymy się naszym relacjom, to przyjmiemy z pokorą, że czasami się mylimy, że popełniamy błędy, że robimy rzeczy niedobre, że nie umiemy przeprosić.

Dojrzałość to też poczucie humoru, które wyraża dystans wobec siebie. Ktoś powiedział, że ci, którzy umieją się śmiać z samych siebie, przez całe życie będą mieli powód do radości.

Wspomniałam przed chwilą o pokorze i ona wydaje mi się niezwykle ważna, gdy mówimy o dojrzałości. Jako ludzie bardzo uwierzyliśmy w to, że kontrolujemy rzeczywistość, że wszystko możemy. To, co się teraz dzieje na świecie – mam na myśli pandemię – dla wielu z nas powinno być okazją do głębszej refleksji. Bo nagle się okazało, że to przekonanie jest iluzją. Wystarczył jeden wirus, byśmy zobaczyli, że nasze życie jest bardzo kruche, że nie mamy wpływu na rzeczywistość i że nie wszystko możemy kontrolować. I odezwał się w nas lęk przed śmiercią.

To źle?

Nie, to dobrze, bo lęk przed śmiercią jest czymś naturalnym, wrodzonym. Teoretycznie wiemy, że nasze życie kiedyś się skończy, bo przecież ludzie umierają. Tyle że w kolejnych okresach życia różnie to przeżywamy i tego doświadczamy. Po raz pierwszy lęk przed śmiercią odzywa się w nas w okresie dojrzewania. Pojawia się wtedy pytanie o sens życia i świadomość, że moje życie nie jest wieczne, że umrę. W okresie wczesnej dorosłości i później ten lęk się wycisza – dopóki jesteśmy zdrowi, silni, twórczy, to możemy ze śmiercią nie mieć kontaktu. Ale im bliżej starości, tym częściej ten lęk się odzywa. I możemy z nim robić różne rzeczy – albo go zupełnie nie dopuszczać do siebie, albo pozwalać mu zaistnieć w nas i się z nim skonfrontować.

A jaką postawę wobec śmierci ma dojrzały człowiek?

Dojrzałość, tak jak sobie ją tutaj definiujemy, polega na bardzo realnym odbieraniu rzeczywistości, a rzeczywistość jest taka, że kiedyś umrzemy. I to jest bardzo ważne zadanie stojące przed każdym człowiekiem, żeby to przyjąć, nie walczyć z tym i przed tym nie uciekać. Przyjąć, czyli pogodzić się z tym, że nie tylko inni umierają. Ja też umrę. Ten czas, który teraz przeżywamy, też nas z tym konfrontuje. Chyba bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Spotyka pani w swoim gabinecie niedojrzałych dorosłych?

Tak. Ale już samo ich przyjście do mnie, umówienie się na wizytę świadczy o tym, że chcą zrobić krok naprzód. Bo terapia to jest droga do dojrzałości poprzez pracę nad historią życia, nad zranieniami, nad traumami, podejmowanie raz jeszcze tych kryzysów rozwojowych. Towarzyszenie komuś w tej drodze i przyglądanie się, jak dojrzewa, jest naprawdę radością.

Do czego powinniśmy dążyć, myśląc o życiu dojrzałym?

Mam w domu grafikę znanej artystki Marii Hiszpańskiej-Neumann. Stworzyła pracę, a właściwie cykl, który zatytułowała Droga rozwoju i uzdrowienia człowieka. Narysowała siedem postaci. Pierwsza jest krępa, ciemnoszara, bez szyi, trochę podobna do małpy, uwięziona za złotą kratą. I ma potężne ręce, którymi się trzyma tej kraty. Każda kolejna postać jest coraz wyższa, coraz smuklejsza, coraz jaśniejsza, otwierają się jej ręce, coraz bardziej widać też serce. Krata zaś staje się coraz mniej wyraźna, aż w końcu znika. Z kolei nad głową kolejnych postaci pojawiają się coraz większe płomyki. Rok później artystka zrobiła kolejną pracę. Jest na niej piękna postać, taka eteryczna, szczupła, cała w płomieniu. I to jest Chrystus.

Pełnia dojrzałości?

Tak. Bardzo lubię na to patrzeć.


Barbara Smolińska - doktor nauk humanistycznych, psychoterapeutka i superwizor Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, szefowa Pracowni Dialogu, prowadzi terapię indywidualną, małżeńską, rodzinną, warsztaty psychologiczne oraz superwizje. Jest mężatką, ma czworo dzieci. Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

KTO Z KIM ŚPI W SYPIALNI

Wiara jest łaską

"To będzie nasza tajemnica"

BARDZIEJ BYĆ

U źródeł kryzysów małżeńskich


komentarze



Facebook