PRZEBACZYĆ SOBIE
Śmierć jest zawsze tajemnicą. Decyzja o niej też. W bardzo wielu wypadkach nigdy się nie dowiemy, co tak naprawdę było jej podstawą.

Przeciętnie dwa, trzy razy w roku dotyka mnie smutna konieczność wizyty interwencyjnej w szkołach z powodu samobójczej śmierci ucznia, przy czym dotyczy to tylko szkół w rejonie, czyli w kilku dzielnicach, a poradni psychologiczno- -pedagogicznych w moim mieście jest pięć. Nie mówię w tym miejscu o próbach samobójczych, tylko o tzw. samobójstwach udanych (cóż za paradoksalne określenie!), czyli tych, które zakończyły się śmiercią.

Czy mogłam…?

Każda taka śmierć rodzi mnóstwo pytań w głowach najbliższego otoczenia: rodziców, rodzeństwa, przyjaciół, nauczycieli, znajomych. Czy były wcześniejsze sygnały? Czy coś przegapiliśmy? Czy można było coś zrobić? Jak mogliśmy nie zauważyć? Dlaczego on/ona to zrobił/a? Czy jestem złym rodzicem? (siostrą, bratem, przyjacielem, nauczycielem…).

Pojawia się też mnóstwo trudnych uczuć: przerażenie, lęk, poczucie krzywdy (jak mógł mi to zrobić?), poczucie nieodwracalnej straty, poczucie winy (gdybym coś zrobił wcześniej), złość – na siebie, na świat, na los, na Boga, na tego, który odszedł, bo przecież było tyle innych rozwiązań, na współmałżonka, bo ciągle zajęty, nic nie rozumiał, a przecież mu/jej mówiłam, na nauczycieli, innych, żal, szok, poczucie bezsensu i kompletnego ogłupienia, zaskoczenie i bunt.

Z tym wszystkim przychodzi się zmierzyć najbliższym, którzy zostali w żałobie – po utracie syna czy córki, ale też tym, którzy byli obok, i teraz, pełni lęku, zastanawiają się, co robić, jak się zachowywać, by i im się taka tragedia nie przytrafiła.

Nie mam dla nich gotowych porad, mądrych pouczeń, zawsze działających rozwiązań. Raczej garść refleksji wynikających z wielu rozmów, obserwacji i lektury fachowych pozycji.

Przede wszystkim warto wierzyć i pamiętać, że śmierć jest zawsze tajemnicą. Decyzja o niej też. W bardzo wielu wypadkach nigdy się nie dowiemy, co tak naprawdę było jej podstawą. Najczęściej zresztą jest to splot wielu okoliczności, czynników i wydarzeń. I nie jesteśmy w stanie dociec ze stuprocentową pewnością, mimo zostawionego listu pożegnalnego czy ustaleń oficjalnego śledztwa, co ostatecznie przelało czarę goryczy i doprowadziło do tragicznego finału. Nie ma więc sensu, choć wiem, jak trudno to zaakceptować, zadręczanie się tymi samymi pytaniami o to, dlaczego nasze dziecko to zrobiło i czy mogliśmy coś zrobić lepiej. Ono swoją tajemnicę zabrało ze sobą. Bo od początku było niezależnym stworzeniem, z własną tożsamością, intymnością i przestrzenią, z prawem do uczuć, wątpliwości i decyzji. Nigdy nie było naszą własnością. A my? Pewnie nieraz zawaliliśmy, jak każdy. Nie zauważyliśmy. Przeszliśmy obok. Zostawiliśmy pytania bez odpowiedzi albo nie zadaliśmy odpowiednich pytań w odpowiednim czasie. Zlekceważyliśmy zmianę nastroju. Poganiani tempem współczesnego świata, ciągle w pośpiechu, zajmowaliśmy się codziennym, prozaicznym życiem, nie mając czasu na rozmowę i zatrzymanie. Mieliśmy pretensje o krzywo postawione buty, a nie zauważaliśmy drobnych sukcesów i pozytywów. Często i łatwo krytykowaliśmy, rzadko chwaliliśmy. Nie mieliśmy cierpliwości, by słuchać o koleżankach i kolegach, o młodzieńczych kompleksach, o trudach nastoletniego życia. Reagowaliśmy złością i zestawem zakazów, gdy nasza pociecha przekraczała granice, nie próbując zrozumieć rzeczywistych pobudek tych zachowań. Zapominaliśmy, że też mieliśmy kiedyś naście lat, i zamienialiśmy się z czasem w zrzędliwych starców czepiających się o wszystko.

Czy ktoś jest od tego wolny? A przecież każdy normalny rodzic chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Stara się, zabiega, by potomek miał wszystko, czego mu potrzeba, a nawet więcej. By żyło mu się wygodniej niż poprzednim pokoleniom. I mimo tych dobrych intencji jednak coś nie wyszło. Nie ma na świecie idealnych rodziców, tak jak nie ma idealnych żon, mężów, córek, synów, sióstr i braci, pracowników, szefów, księży, kucharzy itd. Nawet jeśli popełniliśmy błędy, nie da się już tego odwrócić. Jeżeli potrafimy to przyjąć, uwolnimy się od dręczącego poczucia winy, a to pozwoli żyć dalej – dla siebie, dla pozostałych dzieci, jeśli je mamy, i dla reszty świata. Nie chodzi w żadnym wypadku o łatwe zwalnianie się z odpowiedzialności za faktycznie popełnione winy. Jeśli sumienie wyrzuca nam coś konkretnego – warto się z tym zmierzyć w wewnętrznym monologu, rozmowie z kimś bliskim, z terapeutą czy w sakramencie pojednania. Potem jednak konieczne jest zamknięcie tego rozdziału, bo inaczej bez końca będziemy cierpieć – już nie tyle z powodu utraty, co w wyniku nieustannie rozdrapywanych ran. Staniemy się niewolnikami własnej pamięci. Podobnie jak wtedy, gdy reakcją na samobójczą śmierć dziecka będzie poszukiwanie winnych poza sobą. Pomijając konkretne sytuacje, gdy fakty jasno wskazują, że ktoś rzeczywiście przyczynił się do samobójstwa syna czy córki (są to na ogół sprawy objęte Kodeksem karnym, zagrożone odpowiedzialnością i sankcjami), prowadzenie własnego śledztwa albo zakładanie z góry, że wiemy, kto jest winowajcą, kończy się zwykle jeszcze większym rozchwianiem i niemożnością adekwatnego przejścia okresu żałoby. W miejsce miłości do dziecka pojawia się nienawiść do konkretnych osób lub całego świata i oddala nas od tego, co dobre – w nas samych i na zewnątrz. Nie dręczmy się szukaniem winnych – w sobie ani w kimkolwiek. Sensowniej jest wyciągać wnioski z ewentualnych błędów i realizować je w następnym etapie życia, by to życie stało się lepsze. Konieczne jest przebaczenie, które przecież nie oznacza zapomnienia. Przebaczenie sobie, niedoskonałemu światu, ale też temu, kto nas opuścił w tak dramatycznych okolicznościach. Przebaczenie przynosi uwolnienie od dręczących myśli i uczuć, a także uzdalnia do zrobienia kroku naprzód, w przyszłość. Bardzo ważne jest, by w tym trudnym czasie rodzina była razem, a jej członkowie wzajemnie się wspierali. To oczywiste, że naturalną pokusą i odruchem bywa zamykanie się w sobie, przerzucanie oskarżeniami – kto bardziej zawinił, kto mógł więcej zrobić itp., ale jest to droga prowadząca do jeszcze większego kryzysu, a często nawet do rozpadu rodziny. Zdecydowanie lepiej (choć wcale nie łatwiej) jest wspólnie popłakać, czasem milcząc, a czasem nazywając swoje uczucia – bez cenzury, bo przecież one wszystkie są w tej sytuacji adekwatne i uzasadnione. Nie można też zapominać o dzieciach, które pozostały – mimo dramatu dotykającego rodzinę one chcą mieć poczucie bezpieczeństwa i oparcie w swoich rodzicach. Choć brzmi to banalnie i w tym banale okrutnie – życie naprawdę toczy się dalej.

Nawet w porządnej rodzinie

A teraz parę słów dla tych, których samobójcza śmierć dziecka nie dotknęła osobiście, ale nie są wolni od lęków, bo zetknęli się z problemem w bliższym lub dalszym otoczeniu.

Czy da się zapobiec takim wydarzeniom? Moim zdaniem nie ma środków i narzędzi działających zawsze ze stuprocentową gwarancją skuteczności. Samobójstwo to bardzo złożone zagadnienie, czasem skutek długo trwającego procesu, czasem impuls wywołany silny nastrojem, nagłą sytuacją kryzysową, wpływem środków chemicznych, używek itp. Warto jednak zatrzymać się na kilku aspektach, które niewątpliwie mogą zwiększyć szanse, że tragedia się nie wydarzy.

Najważniejsze są relacje. To też banał, ale nie ma nic ważniejszego dla rodzica nastolatka, jak dbanie o dobre relacje z nim. Bo co innego możemy tak naprawdę zrobić? Nie zamkniemy potomka w szczelnej klatce, chroniąc go przed wszelkim złem świata. Nakazy i zakazy działają już w bardzo ograniczonym zakresie i – nie czarujmy się – jeśli nastolatek zechce przekroczyć jakąś granicę, to ją przekroczy. Zestaw zasad, rozmaitych ważnych pouczeń, przestróg i wskazówek dostał od nas już w poprzednich latach, teraz możemy tylko mieć nadzieję, że będzie do nich sięgał, choć nie wiemy, kiedy i jak, i nie mamy na to wpływu. Co konkretnie oznacza troska o dobre, prawidłowe relacje? Musimy pamiętać, że obok nas jest człowiek. Nie dziecko, nie uczeń, nie pryszczaty i pyskujący kłopot, ale żywy, czujący człowiek, z własną wrażliwością, wytrzymałością, z problemami i radościami. Często w ferworze pełnienia roli rodzica tak bardzo się spinamy, że zapominamy o tych oczywistościach. Uważamy, że robimy wszystko dla naszych dzieci – pracujemy, często ponad siły, zaspokajamy ich wszelkie potrzeby, wyprzedzamy życzenia, dbamy o wszechstronny rozwój, zapisując na różnorodne zajęcia, kursy i treningi, zapewniamy komfort codziennego życia, w zamian oczekując tylko tego, żeby się uczyły i czasem okazały wdzięczność. Kiedy zmęczeni wracamy do domu, chcemy już jedynie świętego spokoju. A tu w progu wita nas niewybiegany pies (choć wychodzenie z nim to obowiązek syna czy córki), walające się wszędzie buty, niepościelone łóżko, a nasz nastolatek zamknięty w pokoju, ze słuchawkami na uszach, nie jest zainteresowany kontaktem z nami. Jeszcze w dodatku z dziennika elektronicznego dowiedzieliśmy się, że dostał kolejną jedynkę, nie odrobił zadania domowego itd. A on siedzi wpatrzony w telefon lub w komputer, na każde pytanie odpowiada jednym słowem i wyraźnie czeka, kiedy już sobie pójdziemy. Wtedy łatwo o wyrzuty i żal, kolejną krytykę i złość. Błędne koło. Rośnie w nas pretensja, bo uważamy, że w głowie mu się poprzewracało i nie docenia tego, co ma. On z kolei ma żal, że nikt (a najbardziej rzecz jasna rodzice) go nie rozumie, twierdzi, że na świat się nie prosił i nie potrzebuje, żeby ktoś się dla niego poświęcał. To oczywiście boli. A skupieni na własnym bólu i zmęczeniu, często nie jesteśmy już w stanie dostrzec, że i jego coś boli, i on jest zmęczony, czasem przestraszony, zagubiony. Kiedy próbuje o tym mówić, reagujemy zniecierpliwieniem lub lekceważeniem – nie ze złej woli, tylko dlatego, że mierzymy świat swoją miarą. Bo niby jakie problemy może mieć nasz kochany i zadbany nastolatek? Że pryszcze i chude (grube) nogi? Że dziewczyna (chłopak) się nie interesuje? Znajdziesz innych. Że koledzy w klasie nie tacy? Nie ma ideałów. Że nauczyciel się czepia? Od tego jest, uczysz się w najlepszej szkole. Czym to jest w obliczu naszych niespłaconych kredytów, nieżyczliwego szefa, kłopotów ze zdrowiem, natłoku obowiązków? Więc mówimy: Nie przesadzaj, weź się w garść, nie ty jeden, ja w twoim wieku… I jeszcze mówimy: Pamiętaj, że nauka jest najważniejsza. A nastolatek pogrąża się w poczuciu niezrozumienia przez świat. Uważa, nie bez powodu, że dla rodziców liczy się tylko w roli dobrego ucznia i choć słyszał od nich zapewne nie raz, że to właśnie do nich może przyjść ze wszystkim, bo oni zawsze mu pomogą, raczej nie skorzysta, zrażony ich wieloma wcześniejszymi reakcjami na próby zwierzeń, wyrażenia wątpliwości, rozterek itp. Wiele razy słyszałam od spotykanych w poradni dziewczyn i chłopców, że nie mają rzeczywistego oparcia w rodzicach mimo składanych przez nich deklaracji. „Proszę pani, dziś znowu będzie w domu awantura. A o co? Nie wiem, ale codziennie jest, moja mama (tata), jak wraca z pracy, nie mówi dzień dobry, tylko od progu ma pretensje. Nawet nie chce mi się tego słuchać”. Albo: „Nie mogę zwierzać się mamie z moich problemów. Dlaczego? Bo ona zaraz krzyczy: Nie mów mi takich rzeczy, bo nie mogę potem spać”. Albo: „Co ty za głupoty wygadujesz? Lepiej weź się do nauki, masz w tym tygodniu trzy klasówki”. Albo: „Nie przesadzaj, na pewno nie jest tak źle, jak mówisz, wszyscy przez to przechodzą, będzie dobrze”.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Małgorzata Mazur - ur. 1959, pedagog, absolwentka teologii na UKSW w Warszawie, trenerka "Szkoły dla rodziców i wychowawców", przełożona prowincjalna Fraterni Świeckich Zakonu Kaznodziejskiego, mieszka w Szczecinie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

MEBLOŚCIANKI I KRYSZTAŁY

TWORZYMY ZBIOROWĄ ORKIESTRĘ

Wychowanie do konsumpcji

BO TY ZAWSZE...

Kryzysy w małżeństwie


komentarze



Facebook