WEŹ SIĘ W GARŚĆ
Jeśli jest jakaś kolejka chorób cywilizacyjnych, to widziałbym ją tak: na czele onkologia, nieco niżej sprawy układu krążenia, ale ostro goni je już psychiatria. Jesteśmy coraz mniej silni, mniej zaradni.

zdjęcie: TREVOR COLE / UNSPLASH.COM


Michalina Kaczmarkiewicz: Słyszę, że mnóstwo ludzi choruje na depresję.

Edward Krzemiński: Dlatego pozwolę sobie na wstępie na drobne wyjaśnienie semantyczne dotyczące słowa „depresja”. Traktowane jest ono jak językowy wytrych, którym we współczesnym świecie próbuje się nazywać przeróżne stany człowieka. Niemal każde gorsze samopoczucie psychiczne kwitujemy potocznie sformułowaniem „mam deprechę”, „jestem w depresji”. Ktoś komuś umarł, człowiek jest w żałobie – ta żałoba nie jest depresją, chociaż człowiek płacze, jest mu smutno i chodzi na cmentarz. Nie każdy stan, w którym ktoś jest przygnębiony, bo sobie z czymś nie radzi – bo został zwolniony z pracy, żona chce się z nim rozwieść, dzieci się nie uczą – jest depresją. Owszem, każde z tych zdarzeń wywołuje adekwatne uczucie przygnębienia. Smutek życiowy, egzystencjalny, przeżywa każdy, ponieważ takie jest życie. I jest on znacznie częstszy niż chwile pogodne, szczęśliwe. Natomiast stan, który w kategorii medycznej uważa się za depresję, jest jakościowo czymś zupełnie innym.

Jak złapać różnicę?

Powiedziałbym, że istnieje smutek życiowy i smutek chorobowy. Ktoś, kto kiedyś miał depresję, jest w stanie je odróżnić – smutek chorobowy jest koszmarny, czarny, aż gęsty. A w smutku naturalnym, melancholii, czasem nawet lubimy być. Zresztą w różnych okresach historii, np. romantyzmie, tak jak modne było noszenie czarnych ubrań, tak też „nosiło się” melancholię. Zgodnie z przekonaniem, że optymizm jest płytki, a pesymizm głęboki. 

Jak smutek, zaburzenia nastroju czy reakcja depresyjna mają się do depresji?

Prawdziwe depresje fachowcy dzielą na endogenne, które są spowodowane raczej sprawami biochemicznymi mózgu, mogą mieć aspekt dziedziczny, i całe mnóstwo depresji, które nazywamy egzogennymi, nieendogennymi, psychogennymi, sytuacyjnymi czy reaktywnymi. Są one związane na przykład z sytuacją stresu pourazowego, który, jeśli trwa zbyt długo, może się przerodzić w kliniczny stan depresyjny. Pozostańmy przy modelu żałoby: jeśli ktoś nie próbuje tej żałoby przeżyć jak większość ludzi, tylko ją kultywuje, nie godzi się z rzeczywistością, chodzi na cmentarz nie raz w tygodniu, tylko dwa razy dziennie, albo chce się własnymi rękami dokopać do trumny, to możemy mówić o przejściu z potocznej egzystencjalnej żałoby aż do stanu depresyjnego. Ale to się nie zdarza aż tak często, może raz na dziesięć tysięcy żałób.

A jak w tym wszystkim plasują się lęki? Są powiązane z depresją?

Jednym z objawów prawdziwej klinicznej depresji jest również lęk, wolno płynący albo napadowy. Ale z lękiem napadowym mamy też do czynienia jako z reakcją na sytuację życiową. Kobieta gwałtownie zasłabła w pracy, zabrało ją pogotowie z podejrzeniem zawału serca, przytomny lekarz z SOR-u stwierdził, że z sercem wszystko w porządku, trzeba iść do psychiatry. Zdziwiła się, ale karnie przyszła. Opowiedziała podręcznikową historię życia: nagle owdowiała, została z dwójką dzieci, nigdy nie pracowała, przyjaciele załatwili jej pracę w firmie, której właściciel od pierwszego spotkania postanowił ją klepać po pośladkach. Ona z miejsca powinna trzasnąć drzwiami albo trzasnąć go w pysk, ale uświadomiła sobie, że jeśli to zrobi, nie będzie miała za co nakarmić dzieci. Więc jako odpowiedzialna kobieta i matka postanowiła zrobić z tym coś rozsądnego, czyli albo poprosić szefa, żeby tak nie robił, albo go unikać, albo mieć nadzieję, że mu się znudzi. I tak kombinowała, że po paru tygodniach znalazła się na pogotowiu. To klasyczny przykład zespołu lęku napadowego, związany z tym, że ktoś przez pewien czas próbuje siłą woli, rozumu, odpowiedzialności, czyli bardzo pięknych cech, zdusić w sobie to, co jest bólem jego „ja”, co narusza jego godność. Nasze ego nie znosi, gdy kombinujemy, żeby siedziało cicho, bo musimy zapłacić ratę, bo nie wypada, bo nie możemy zrobić komuś przykrości, i w związku z tym tłumimy w sposób niebezpieczny emocje. A one na pewno znajdą ujście, dramatyczne i gwałtowne. W postaci zespołu depresyjnego, lękowego lub psychosomatycznego.

Co powinno nas wyczulić, że to może być depresja?

Pewna pani się zaniepokoiła, ponieważ przez czterdzieści lat bycia doskonałą gospodynią domową po epizodzie grypopodobnym wyłożyła produkty spożywcze na stół i kompletnie nie wiedziała, co się z nimi robi. Ta kobieta była na tyle mądra, żeby uznać, że skoro gotowanie, czynność, którą ma w małym palcu, stanowi dla niej trudność, to znaczy, że dzieje się z nią coś złego i że trzeba to sprawdzić. Inna pani przyszła, bo mąż w depresji. „Pani się na tym zna?”, „Nie, ale nie pamiętam, żeby w ciągu naszego pięćdziesięcioletniego małżeństwa on dwa dni z rzędu nosił tę samą koszulę. A teraz chodzi w jednej przez tydzień i nie reaguje”. I miała rację. Dla każdego człowieka to może być coś specyficznego, na przykład, jeśli ktoś całymi dniami słuchał Bacha i nagle w domu robi się cicho. Te sygnały nie są wyraziste, ale niezwykle istotne.

Jakie jeszcze mogą być objawy depresji, których przeciętny człowiek nie skojarzy z depresją?

To jest ciekawy temat, bo mamy na przykład do czynienia z tzw. depresjami poronnymi lub maskowanymi. One są bardzo mylące, bo pojawiają się jako neurobóle: barków, głowy, stawów, klatki piersiowej, bez żadnego somatycznego uzasadnienia. Ciekawe, że zdarzają się często u ludzi, którzy mają silną potrzebę trzymania wszystkiego w garści. Niejedna depresja maskowana czy poronna funkcjonuje długo nierozpoznana, tylko z jednym objawem, na przykład charakterystyczną bezsennością – człowiek się budzi w środku nocy i dalej nie może spać. Albo ranki ma koszmarne, przed południem trudno mu zacząć dzień, choć nic specjalnego się nie dzieje. Albo ktoś powie: Słuchaj, od pewnego czasu mam poczucie, że moje procesy poznawcze szwankują, z trudem coś kojarzę, nie mogę się skupić na czytaniu, a przecież ja tą głową pracuję od Bóg wie ilu lat i ona mi nagle się zamula. Tego typu objawy mogą być długo traktowane przez kardiologów, internistów, neurologów, ortopedów jako wyzwanie, z którym sobie nie radzą, a człowiek dalej cierpi. Ale z kolei powiedzenie mu, że ma z tą dolegliwością pseudo- czy prawdziwie somatyczną pójść do psychiatry, najczęściej wywołuje bunt. „Do jakiego psychiatry?! Przecież mnie boli kolano”. Nie jest łatwo wytłumaczyć, że czasami problemy natury psychicznej mogą się manifestować somatycznie. 

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Edward Krzemiński - psychiatra, w zawodzie od ponad 50 lat, wieloletni dyrektor szpitala psychiatrycznego w Tworkach, autor książek "Psychiatria bez mitów" oraz "Jak tu nie zwariować. Na herbatce u psychiatry" (z Ireną Stanisławską). (wszystkie teksty tego autora)

Michalina Kaczmarkiewicz - absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim oraz studiów w zakresie duchowości chrześcijańskiej na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

OBSTAWIAM ŻYCIE

SPOKOJNIE, TO TYLKO STRES


komentarze



Facebook